Ksiądz Jan Kozioł

Ksiądz Jan Kozioł – człowiek o gorącym sercu

Wstęp

Zostawił w Szczawnicy chlubne świadectwo swojego kapłańskiego życia. Pamięć o nim na kartach książek utrwalili inni – sławni i znani, jak np. profesor Swieżawski czy siostra Leonia Nastał. Nade wszystko zaś wspominają go szczawniczanie. Mimo że ks. Jan Kozioł zmarł przed blisko siedemdziesięcioma laty, wciąż jest tu żywy: w ludzkim pełnym wdzięczności wzruszeniu i w serdecznej pamięci. Wiele cennych zapisków o nim utrwaliła przed laty w swoim szesnastokartkowym zeszycie dawna pracownica plebanii Bronisława Węglarz, nazywana swojsko „ciocią Broncią”. Liczne są też ustne wspomnienia jego dawnych uczniów i przyjaciół. Wysłuchał ich, zebrał, a czasem spisał ich relacje i udostępnił je autorce pan Kazimierz Majerczak. Z tych wszystkich wspomnień i świadectw, jak również z dokumentów dostępnych w Archiwum Diecezjalnym w Tarnowie, czy też z wiadomości umieszczonych na stronach internetowych udało się odtworzyć, zapewne niepełny, ale godny podziwu wizerunek szczawnickiego duszpasterza.

1. Na przełomie wieków, na przełomie dziejów

Ksiądz Jan Kozioł urodził się 6 V 1894r. w Kolbuszowej jako syn Michała i Jadwigi z. d. Cebula[1]. Po ukończeniu galicyjskiej szkoły ludowej w Kolbuszowej rozpoczął naukę w II Gimnazjum (dziś II LO) w Rzeszowie. Było to 8-klasowe męskie gimnazjum klasyczne, co dopiero powstałe, bo założone w 1903 roku, na mocy decyzji Franciszka Józefa. W tej renomowanej szkole poziom nauczania był wysoki. Wiele uwagi zwracano też na wychowanie uczniów, na doskonalenie ich charakteru i umiejętności życiowych, na rozwijanie uzdolnień artystycznych i sportowych. W pierwszych latach istnienia szkoły założono w niej orkiestrę i powołano organizację "Bratnia Pomoc" dla niesienia pomocy uczniom biednym, znajdującym się w trudnej sytuacji materialnej. Zorganizowano czytelnię szkolną i różne grupy sportowe. Założono także szkolny ogródek botaniczny[2].

Następnie młody Jan Kozioł wstąpił do seminarium duchownego w Tarnowie. Studia seminaryjne trwały wówczas cztery lata. Swoje powołanie kapłańskie zaczynał realizować akurat w okresie I wojny światowej. Niełatwe to były lata. Przechodzącym przez Tarnów wojskom austriackim bądź rosyjskim potrzebny był szpital wojskowy. Władze zaanektowały więc na ten cel wszystkie sale Seminarium. Część alumnów musiała przeprowadzić się do pobliskiego Błonia, gdzie Seminarium miało swoje budynki i niewielkie gospodarstwo. Warunki życia były niezwykle trudne. Ówczesny ks. Rektor Stanisław Dutkiewicz musiał się zmierzyć z poważnymi problemami związanymi z codzienną egzystencją alumnów. Jeździł osobiście do księży proboszczów, wypraszał u nich żywność i zwoził ją do Seminarium[3]. Mimo to klerycy nieraz głodowali, poważnie chorowali –w tym również na gruźlicę.

2. Początki kapłaństwa

Ksiądz Jan Kozioł przyjął święcenia kapłańskie już w niepodległej Polsce, 29 czerwca 1919 roku[4]. W miesiąc później, 30 VII 1919 roku, jako neoprezbiter podjął pracę w parafii Borowa k. Mielca[5], a 12 XII tegoż roku został przeniesiony na placówkę w parafii Zgórsko (powiat mielecki)[6].

Już w pierwszych latach kapłaństwa zaczęły mu doskwierać problemy zdrowotne. Na początku sierpnia 1920 r., powołując się na diagnozę lekarza Seweryna Kowalskiego z Tarnowa , poprosił o przeniesienie go na jakąś górską placówkę, by tam mógł podreperować swoje zdrowie nadwerężone chorobą płuc i ogólnym osłabieniem organizmu[7].We wrześniu 1920 r. rozpoczął pracę w Łącku[8], a 20 lipca 1922 r. został skierowany na placówkę do Szczawnicy[9].

Od tego czasu ksiądz Jan Kozioł przez dwadzieścia lat pracował w Szczawnicy. Był człowiekiem otwartym, życzliwym, dobrym. Parafianie szybko go pokochali.

3. Serdeczny katecheta

Przez cały okres swojego pobytu w Szczawnicy ksiądz Jan Kozioł pracował jako katecheta. Przyciągał drugich swoją ujmującą osobowością. Lubił żartować i robić uczniom różne psikusy, na jego twarzy zazwyczaj gościł uśmiech. Umiał się cieszyć i innych zarażać radością. Na przykład, kiedy któreś z dzieci dobrze wyuczyło się zadanego materiału, Ksiądz chwytał je wpół i obracał się z nim wkoło jak karuzela – ku uciesze tak wyróżnionych dzieci[10]. Ksiądz Jan dbał o swój wygląd zewnętrzny, włosy miał krótko przystrzyżone, estetycznie zaczesane na jeżyka, zawsze był czysto ubrany, zadbany – mimo że na jego wysłużonej sutannie z czasem przybywało łat[11]. Katechizował nie tylko w Szczawnicy, przez pewien czas uczył religii również w Krościenku. Drogę w obie strony, łącznie 12 km, nieraz przemierzał pieszo. Uczniowie tak bardzo go lubili, że niektórzy po swojej lekcji religii często i chętnie szli z nim ze Szczawnicy do Krościenka –nawet po zniszczonej przez powódź kamienistej, pełnej żwiru drodze –aby tam znowu uczestniczyć w prowadzonej przez niego katechezie. Ksiądz traktował je serdecznie, po ojcowsku. Kiedyś zdarzyło się na przykład, że na tej drodze jedno z towarzyszących mu dzieci poraniło do krwi bose stopy (buty były wtedy niemal luksusem), ksiądz Jan wziął je zatem na plecy i tak niósł z Krościenka do Szczawnicy[12].

Pochylał się też nad innymi, znacznie poważniejszymi dziecięcymi biedami. Grupę półsierot, których ojcowie nie wrócili z pierwszej wojny światowej, zapraszał przed pierwszą lekcją szkolną do swojego mieszkania na plebanii, gdzie czekało na nie przygotowane i ufundowane przez niego śniadanie. Ponadto zabierał kanapki do szkoły i rozdawał je innym głodnym dzieciom –także żydowskim, których religii nie uczył[13].

Kiedy zorientował się, że niektóre dzieci nie chodzą do szkoły dlatego, że nie mają butów lub stosownego ubrania, kupował niezbędne im rzeczy za własne pieniądze i dyskretnie rozdawał potrzebującym rodzicom [14].

Posługujące na plebanii osoby ze zdziwieniem zauważały, że z mieszkania księdza Jana stopniowo znikają różne rzeczy, najczęściej wykonane z białego materiału: obrusy, bielizna pościelowa, koszule[15]. Przydawały się one – w czas okupacyjnej biedy – dzieciom pierwszokomunijnym na odświętne koszule lub sukienki, z wdzięcznością przyjmującym ten dar od księdza katechety[16] . Zależało mu na dobrym kontakcie ze swoimi uczniami, jak również na zacieśnieniu ich więzi z Panem Bogiem. Dlatego między innymi zabierał dzieci po pierwszej Komunii Świętej do domu parafialnego na przygotowane za jego staraniem wspólne śniadanie. W tym uroczystym dniu zapraszał je też do siebie na plebanię, częstował słodyczami, a później szedł z nimi na nieodległe łąki i wzgórza, żeby się z nimi pobawić i opowiadać o dobrym Bogu[17].

Założył koło ministrantów, uczył chłopców nie tylko, jak służyć do Mszy świętej, ale też troszczył się o wzrost ich pobożności poprzez wypożyczanie książek religijnych[18].

Dbał też o to, by dzieci miały rozrywkę, by polubiły sport i turystykę. Organizował im gry i zabawy i chodził z nimi w góry[19]. Czasem na lekcjach był surowy i – jak to było w ówczesnych szkołach powszechnie praktykowane –potrafił cienkim kijem przyłożyć uczniom na siedzenie lub dać „po łapach”. Mimo to dzieci lgnęły do niego, gdy tylko zobaczyły go na ulicy, biegły mu na spotkanie i cieszyły się choćby krótką chwilą kontaktu ze swoim katechetą. Ksiądz zawsze miał w kieszeni cukierki i rozdawał je dzieciom. Zwracał się do nich czułym – choć doprawdy oryginalnym – słówkiem: Gacku, Gacusiu. W szkole na przerwach dziecinie dawały mu spokoju. Cisnęły się do niego ze wszystkich stron, chwytały się jego sutanny, deptały mu po butach, oblegały go tak szczelnie, że nie mógł zrobić nawet kroku. Każde chciało być jak najbliżej księdza i przytulić się do niego[20].

4. Przyjaciel młodzieży

Wielką zasługą Księdza Kozioła było założenie w Szczawnicy Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży – najpierw było to Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej,wkrótce potem dołączyło do niego Stowarzyszenie Młodzieży Żeńskiej, a następnie powstało Stowarzyszenie dla dorosłych. Zapewne korzystając z doświadczeń wyniesionych z rzeszowskiego gimnazjum, jak też realizując statutowe założenia KSMM i KSMŻ, zdecydowanie przyczynił się do podniesienia jakości życia wiejskiej młodzieży z obu Szczawnic – Niżnej i Wyżnej.

Podobnie jak dzieciom, tak też młodzieży starał się urozmaicić codzienne życie, w tym celu organizował dla młodych różne konkursy, gry, zabawy, wycieczki, pielgrzymki i zawody sportowe: piłkarskie i narciarskie[21].

Magnesem przyciągającym młodzież do Księdza Prefekta i w ogóle do Stowarzyszenia była nie tylko rozrywka. Ksiądz Jan troszczył się również o warunki bytowe swoich podopiecznych. W tym czasie Szczawnica była ubogą wioską, której mieszkańcy utrzymywali się przede wszystkim z pracy na roli, często twardej i kamienistej, na dodatek źle uprawianej, więc mało wydajnej. Jak utrzymują niektórzy szczawniczanie,ksiądz Kozioł po ukończeniu gimnazjum uczęszczał do szkoły rolniczej (niestety, nie ma żadnych dokumentów, które by to potwierdzały). Uczył swoich parafian rolnictwa. Takie wspomnienia zachował o nim dziś już sędziwy (ponadstuletni) były wychowanek Księdza:

Ksiądz był nam pomocny w każdej dziedzinie życia. Członkowie Młodzieży Katolickiej uczyli się praktycznych rzeczy potrzebnych w życiu codziennym. Dziewczęta uczyły się haftu, chłopcy – w tym również i ja – uczyliśmy się unowocześnienia pracy na roli. Każdy chętny miał przy domu wydzielone poletka o powierzchni jednego ara. Sadziliśmy na nich buraki, ziemniaki i inne rośliny. Uprawialiśmy je nie w tradycyjny sposób, jak nas uczyli ojcowie, ale tak, jak zalecał ks. Kozioł. On pierwszy zapoznał szczawniczan ze sztucznymi nawozami oraz odmiennymi od starodawnych technikami uprawy roślin. Wygląd plonów z tych poletek przekonywał wszystkich mieszkańców Szczawnicy, że nowe metody pracy przynoszą lepsze i obfite plony.(...) Nieznana była dla naszych rolników umiejętność szczepienia i rozsadzania drzew owocowych. Ksiądz nauczył nas, jak zakładać sady, których wcześniej nie było w Szczawnicy. (...) Jako pierwszy wprowadził tu taki rodzaj pługa, który można było przystosować do osiekiwania i okopywania ziemniaków”[22].

Do dziś przy drodze na Piaskach, łączącej Szczawnicę z Krościenkiem, zachowało się kilka jabłoni, które zasadziła młodzież z KSM pod kierunkiem ks. Jana[23].

Aby rolników zachęcić do proponowanych przez siebie działań i metod pracy, urządzał konkursy rolne, np. na największego buraka cukrowego. Fundował nagrody dla laureatów. Najbardziej okazałe płody rolne eksponował na wystawach, które prezentował nie tylko w Szczawnicy, ale i w innych miejscowościach[24].

Ks. Kozioł dbał o to, by młodym dać jakiś fach do rąk. Jedna z druhen Stowarzyszenia Młodzieży Żeńskiej wspomina:

Dzięki ks. Koziołowi nauczyłam się krawiectwa, bo Ksiądz zorganizował taki kurs prowadzony przez siostrę zakonną[25].

Starał się stworzyć młodym (i starszym też) możliwość zarobkowania. Pilnował przy tym, by praca była wykonana rzetelnie i uczciwie.

Przed wojną pletłyśmy (robiły na drutach) skarpety z wełny dla żołnierzy i w ten sposób dziewczęta mogły zarobić pieniądze. Ksiądz rozdawał chętnym nici wełniane, dokładnie odważone, a przy odbiorze skarpet ważył skarpety z resztą pozostałych nici. Oba wyniki ważenia musiały się zgadzać. Na tym zarabiali także ci rolnicy, którzy sprzedawali wykonane przez siebie nici z owczej wełny[26].

Nade wszystko leżał mu na sercu duchowy rozwój młodzieży. Z okazji dnia wspomnienia św. Stanisława Kostki oraz Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny organizował odpowiednio dla młodzieży męskiej i żeńskiej triduum – rekolekcje zamknięte w willi „Sobieski”, wraz z noclegami i wyżywieniem. Tam, w oderwaniu od codzienności, młodzież słuchała jego konferencji, rozmawiała z nim indywidualnie, jak też spowiadała się. Zwieńczeniem rekolekcji była podniosła procesja z „Sobieskiego” do kościoła, młodzież szła w niej ze sztandarami, otoczona wieńcami z jodłowych gałązek, przy biciu kościelnych dzwonów wzywających na uroczystą Mszę świętą. Parafianie podziwiali to jego zaangażowanie w życie młodzieży. Mówili o nim, że to drugi święty Jan Bosko[27].

Ponadto ks. Jan inspirował młodych do działalności artystycznej i kulturalnej, do rozwijania ukrytych w nich talentów. Założył chór kościelny złożony z młodych parafian i opiekował się nim. Niektórym chórzystkom kupił mandoliny i uczył je grać na tym instrumencie[28]. Przygotowywał występy sceniczne o charakterze patriotycznym (np. w rocznicę odzyskania niepodległości, w rocznicę odsieczy wiedeńskiej) i religijnym. Młodzież występowała na scenie „Dworca gościnnego”.

Wszystkie Stowarzyszenia, wchodzące w skład Akcji Katolickiej, gromadziły dużą liczbę szczawniczan; w 1934 roku zrzeszonych w AK było ponad 200 osób[29]. Powstał wtedy problem, gdzie mają się zbierać członkowie Stowarzyszeń, by móc prowadzić swoją działalność organizacyjną, kulturalną i artystyczną. Ówczesny ks. proboszcz Michał Matras podjął starania o wybudowanie w Szczawnicy domu katolickiego. Można przypuszczać, że w tym działaniu sekundował mu opiekun Akcji Katolickiej, ks. Kozioł. Warto zaznaczyć, że obaj kapłani przyjaźnili się. Byli w podobnym wieku (ks. proboszcz Matras był o rok młodszy od ks. katechety Kozioła), znali się już od czasu wspólnych studiów seminaryjnych. Nawet w sprawozdaniu z wizytacji ks. dziekan Marcin Rojek pisze, że obu kapłanów łączą serdeczne relacje, a Ksiądz Kozioł dużo w pracy pomaga Księdzu Proboszczowi[30]. Dzięki ich współpracy oraz wielkiemu zaangażowaniu parafian, wbrew licznym i doprawdy poważnym przeszkodom (np. słynna powódź 1934 r., brak pieniędzy w ubogiej parafii) dom katolicki (dziś zwany parafialnym) został zbudowany[31].

5. Miłośnik Jezusa Eucharystycznego

Ksiądz Jan miał głęboką świadomość tego, jak wielką rolę w życiu chrześcijanina odgrywa Msza święta. Przeżywając tę prawdę, dzielił się nią z innymi. Wśród pamiątek po nim zachowały się mszaliki, które stanowiły nagrodę dla laureatów konkursu religijnego (1941 r.). Jednej z dziewczynek – Rózi Wiercioch napisał taką dedykację:

Zdobycie ziemskiej nagrody niechże w życiu przypomni pracę nad zdobyciem nagrody największej – wiecznej, w czym Ci dopomoże wydatnie ta książeczka, o ile rozważnie a często z niej korzystać będziesz[32].

Inna dedykacja zawiera takie słowa:

 

Helusi Swieżawskiej, by Najświętszą Ofiarę całym sercem ukochała i z Niej jako źródła wszelkiej świętości-jak najczęściej i najwięcej łask czerpała[33].

Wielką wagę przykładał do adoracji Najświętszego Sakramentu. Po pracy, wieczorami, po ciemku, tylko w blasku czerwonej lampki wiecznej często i długo klęczał w kościele przed tabernakulum. Także w ciągu dnia, gdy znalazł chwilę czasu, często samotnie modlił się w pustym kościele[34].

Do takiej indywidualnej modlitwy wdrażał swoich wychowanków. Z uczniami, dla których religia była w danym dniu ostatnią lekcją, szedł do kościoła i swoim przykładem pobudzał do uwielbiania Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie. Pani Helena Deskur, z domu Swieżawska, którą ks. Kozioł przygotowywał do przyjęcia wczesnej pierwszej Komunii Świętej, opowiada, że Ksiądz Jan nieraz prowadził ją do kościoła, otwierał tabernakulum i przed okrytą welonem puszką z Najświętszym Sakramentem, uczył ją, jak swoimi słowami modlić się do Pana Jezusa ukrytego w znaku Chleba. Aby umiała uczcić Go po przyjęciu pierwszej Komunii Świętej, ułożył dla niej modlitwę, którą pani Helena przez wszystkie swoje dziecięce lata odmawiała, a dziś przytacza ją z szacunkiem i wzruszeniem:

O mój kochany Jezusku, witam Cię w moim serduszku. Tobie to serce na zawsze oddaję, zabierz je sobie i zamieszkaj w nim[35].

Wszystkich parafian gorąco zachęcał do częstego nawiedzania Najświętszego Sakramentu i częstej Komunii Świętej[36].

W maju 1938 r. uczestniczył w XXXIV Kongresie Eucharystycznym w Budapeszcie[37], mającym na celu umocnienie i pogłębienie osobowej więzi wiernych z Chrystusem. Taka więź w jego sercu wciąż się zacieśniała. Pan Jezus był dla niego kimś bardzo bliskim i upragnionym. Świadczą o tym ostatnie dni jego życia. Na niedługo przed śmiercią trafił do szpitala w Nowym Targu. Umieszczono go na oddziale dla osób z chorobą zakaźną. Na jego salę nie wolno było przychodzić kapłanowi z Komunią Świętą. Ksiądz Jan bardzo cierpiał z tego powodu. Siostrę zakonną, która obsługiwała chorych i przynosiła im posiłki, prosił: „Dajcie mi Jezusa. Dajcie mi Jezusa” [38].

6. Oddany spowiednik

Chyba nie ma przesady w stwierdzeniu, że ks. Jan był wyjątkowym spowiednikiem. Rangę sakramentu pokuty uprzytamniał swoim uczniom już przy okazji ich pierwszej spowiedzi, podkreślał, że przystępują do dwóch sakramentów: nie tylko do pierwszej Komunii świętej, ale również do pierwszej spowiedzi. Każde dziecko otrzymywało od niego obrazek upamiętniający dzień pierwszej spowiedzi ze specjalnie dla niego ułożoną przez Księdza dedykacją[39].

Codziennie wczesnym rankiem, nawet na kilka godzin przed rozpoczęciem Mszy świętej, siadał do konfesjonału i czekał na penitentów. Obchodził go los zatwardziałych grzeszników, zwłaszcza tych, którzy zbliżali się do kresu życia. Szukał ich i ułatwiał im pojednanie z Bogiem. Miał dar budzenia w sercach penitentów głębokiej skruchy i trwałej poprawy życia[40]. Był spowiednikiem siostry Leonii Nastał (jej proces beatyfikacyjny obecnie toczy się w Rzymie), która w latach 1937-1939 mieszkała w Szczawnicy w willi „Świtezianka”,należącej do Sióstr Służebniczek. Przebywała tu, by podratować swoje zdrowie mocno już nadszarpnięte gruźlicą. Trudno jej było obyć się bez stałego spowiednika, nie chciała jednak odsłaniać swoich mistycznych przeżyć kapłanowi, który by jej nie rozumiał. W jednym z listów do przyjaciółki pisała o swoich obiekcjach co do ks. Kozioła: Tych kwestii nie mówię obecnemu spowiednikowi, jakkolwiek jest bardzo świątobliwy[41]. Jednak przekonała się co do niego, informowała o tym swojego dotychczasowego stałego spowiednika: Wreszcie, po roku pobytu w Szczawnicy, zdobyłam się na to, że otwarłam swoją duszę przed naszym spowiednikiem[42].

Księdzu Janowi przypadła też w udziale dramatyczna rola wyspowiadania swojego proboszcza ks. Michała Matrasa; spowiadał go w asyście gestapowców, którzy właśnie przyszli aresztować księdza Matrasa i wywieźć go do obozu[43].

7. Czciciel Matki Najświętszej

Dużą czcią ks. Jan otaczał Niepokalaną. Starał się sam, jak również uczył szczawnickich parafian „naśladować Maryję w Jej pięknych cnotach[44]”. Zachęcał młodzież i pozostałych parafian do odmawiania różańca i do ozdabiania kwiatami przydrożnych figur. Z okazji każdego święta Matki Bożej kupował kwiaty i przystrajał nimi Jej obraz w głównym ołtarzu kościoła. Dla parafian organizował pielgrzymki do sanktuariów Maryjnych, gromadzące licznych, szczególnie młodych, uczestników[45]. Sam zaś w 1931 roku udał się na pielgrzymkę do Lourdes, by pokłonić się Maryi w miejscu Jej objawień i proklamowania przez Nią tajemnicy Niepokalanego Poczęcia[46].

8. Skromny i ofiarny asceta

Wiele jest przykładów na to, że ks. Jan Kozioł prowadził ascetyczny tryb życia. Sporo pościł, nieraz o chlebie i wodzie. Co roku w Wielki Piątek nic nie jadł ani nie pił[47]. Gdy Siostry Służebniczki dowiedziały się, że swoje śniadanie oddaje głodnym dzieciom, przynosiły mu kanapki przeznaczone tylko dla niego, ale on także i te rozdawał. Nie miał przywiązania do dóbr materialnych, nie gromadził pieniędzy. Dowiedziawszy się, że kogoś z parafian dotknęła poważna choroba lub inne utrapienie, bez zaproszenia przychodził do niego, serdecznie rozmawiał i potrzebującemu zostawiał trochę pieniędzy. W czasie kolędy nie przyjmował datków od ludzi biednych, co więcej: pieniądze otrzymane od zamożniejszych parafian rozdawał w czasie kolędowej wizyty biednym[48]. Jego szczodrobliwość była powszechnie znana. Często na wychodzącego z kościoła kapłana czekała gromadka ubogich.Nikomu nie odmówił pomocy. Wszystkich traktował jednakowo, nie zważając na to, czy ktoś był Polakiem, Żydem czy Cyganem[49]. Jeśli nie miał pieniędzy, dzielił się z potrzebującymi nawet swoim ubraniem. Do dziś ludzie wspominają kilka sytuacji, w których Ksiądz, widząc ludzką biedę, zdjął z siebie koszulę albo sweter i podarował biedniejszym od siebie[50]. Żył skromnie, wręcz biednie. Ci, którzy mieli z nim bliższy kontakt, opowiadają: Sypiał na żelaznym łóżku, na gołych materacach, bez prześcieradła. W czasie wojny, gdy ks. Matrasa wywieziono do obozu, ks. Kozioł sam się żywił. Na prymusie (denaturatowym palniku) gotował sobie kulaszę (potrawę z razowej mąki i wody). Niekiedy sąsiadka posyłała mu trochę koziego mleka, a gdy go nie miał, jadł jałową kulaszę. Miał jedną sutannę, z łatami na łokciach[51]. Gdy po śmierci otworzono jego mieszkanie, okazało się, że były w nim tylko konieczne rzeczy: skromne meble i jakieś drobiazgi niezbędne do życia. Gdy szukano dla niego ubrania do trumny, okazało się, że nie miał ani jednej białej koszuli. Ostatnią podarował rodzinie zmarłego wcześniej niż on parafianina, by mogła skompletować jego śmiertelny przyodziewek. Dopiero siostry ze „Świtezianki” uszyły księdzu koszulę z ich prześcieradła[52].

Tak jak nie troszczył się o dobra materialne, nie dbał też o ludzkie uznanie i swoją chwałę. Unikał pochwał, a gdy do niego docierały, odpowiadał niezmiennie: „Inny kapłan wykonałby to doskonalej niż ja”[53]. Prowadząc takie skromne, ofiarne i pobożne życie, mógł z całą szczerością serca podczas kazania apelować do parafian: „Co wam nakazuję i o co was proszę, sam to wprzódy wykonuję i do siebie stosuję”[54].

Był skromny również w drugim tego słowa znaczeniu: raziła go wszelka nieprzyzwoitość. Kiedy zdarzało się, że na szkolnym przedstawieniu któraś z występujących dziewcząt była ubrana w przezroczystą suknię lub w sukienkę zbyt krótką, natychmiast wychodził z sali. Pilnował, by młodzi nie spotykali się wieczorami w ciemnych zakątkach, czasem jakiejś młodej parze błysnął w oczy światłem latarki. W pogadankach z młodzieżą poruszał tematykę spraw intymnych i przestrzegał przed lekceważeniem zasad moralnych[55].

9. W cierpieniu i chorobie

Dużo ciepła i serdeczności Ksiądz Jan okazywał swoim chorym uczniom. Gdy któregoś dziecka przez dłuższy czas nie było w szkole, zbierał wszystkie dzieci z jego klasy i wspólnie szli odwiedzić chorego. Do mieszkania wchodził Ksiądz z kilkuosobową delegacją, a reszta dzieci stała przed domem i przez swoją obecność starała się dodać choremu otuchy. Ksiądz obdarowywał chore dziecko słodyczami i pocieszał krzepiącym słowem. Jeśli chorowało dziecko z rodziny biednej, zwłaszcza z wielodzietnej, dawał rodzicom pieniądze na wykupienie leków. Robił to taktownie i prosił o dyskrecję, bo nie lubił rozgłosu[56]. Wspomagał też materialnie i duchowo dorosłych chorych[57].

Umiał współczuć innym, bo sam doznawał słabości i bólu. Problemy zdrowotne, które dawały mu się we znaki już w pierwszych latach kapłaństwa (przewlekły nieżyt prawego płuca), nie omijały go i później. Cierpiał na zapalenie stawów. Miał trudności z chodzeniem, a zwłaszcza z przyklękaniem przed ołtarzem[58]. W 1935 r. jego dolegliwości tak się nasiliły, że trzeba było na kilka miesięcy zawiesić nauczanie religii w szczawnickiej szkole[59]. Latem 1936 r. ksiądz Kozioł podjął kurację w Pieszczanach[60], uzdrowisku na Słowacji, mieszczącym się na pięknej Wyspie Uzdrowiskowej nazywanej gorącą wyspą zdrowia. Miał nadzieję, że tamtejsze wody termalne a także borowiny siarkowe będą skutecznie przeciwdziałać stanom zapalnym i reumatycznym, które mu doskwierały.

Wreszcie, mając 48 lat, ksiądz Jan zapadł na jakąś groźną chorobę, która okazała się śmiertelna. Najczęściej mówi się, że był to tyfus. Inną przyczynę śmierci podaje, mieszkający wówczas w Szczawnicy,profesor Stefan Swieżawski. W swojej książce „Wielki przełom 1907-1945” pisze:

Ks. Kozioł – uwielbiany przez szczawnicką ludność – zachorował i musiał się poddać w Nowym Targu jakiejś skomplikowanej operacji. Sprawa była groźniejsza niż się wydawało – ksiądz wikary nie wrócił już żywy do Szczawnicy. (...)Powszechnie mówiono, że ofiarował on swe życie za Szczawnicę. Ludzie byli przekonani, że dzięki księdzu Szczawnica nie doczekała się pacyfikacji, a akty represyjne miały tu charakter łagodniejszy niż gdzie indziej w okolicy[61].

Może Pan Profesor, utrzymujący bliski kontakt z ks. Koziołem, wiedział na temat jego śmierci więcej niż to dotarło do publicznej wiadomości... Są przypuszczenia, że ks. Kozioł działał w konspiracji, wiadomo też, że na niedługo przed śmiercią został dotkliwie pobity przez gestapowców. Może wtedy doszło do uszkodzenia nerek... Trudno dziś tę kwestię rozstrzygnąć. W księdze zgonów odnotowano wszelako, że zmarł z powodu sepsy pochodzenia nerkowego oraz upośledzenia mięśnia sercowego[62].

10. We wdzięcznych sercach

Dzień 23 sierpnia 1942 roku, a raczej jego późny wieczór, wyznaczył kres ziemskiego życia ks. Kanonika Jana Kozioła. Około godziny 23 odszedł on do domu Niebieskiego Ojca. Zmarł w szpitalu w Nowym Targu. Osobom, które się nim opiekowały, mówił, że pragnie być pochowany pod Huliną (góra, u której stóp znajduje się cmentarz). Jego ciało przywieziono autem z Nowego Targu, a przed pierwszymi zabudowaniami Szczawnicy, przy Kotońce, uroczyście je witano. Z czółen flisackich, ozdobionych wieńcami splecionymi z jodłowych gałązek, zrobiono powitalną bramę – jak na prymicje. Gdy trumna dotarła na to miejsce i została położona na stołach przykrytych białymi obrusami, wśród zebranych dał się słyszeć wielki szloch. Wygłaszano przemówienia, a dzieci recytowały wiersze. Po tym powitaniu górale nie pozwolili ciała księdza wieźć autem. Wzięli trumnę na ramiona i nieśli ją do kościoła. Honorowo dźwigali ją na przemian przedstawiciele wszystkich stanów. Nieśli ją też strażacy, kajakarze i kapłani z dekanatu. Orszak przemierzył do kościoła dwukilometrową trasę. Był bardzo liczny, zgromadził ludzi z obu Szczawnic: Niżnej i Wyżnej oraz z Krościenka, Tylmanowej i Grywałdu[63].

We wspomnieniach ustnych żyjących jeszcze uczestników pogrzebu niezmiennie przewijają się informacje o ogromnym tłumie ludzi, który na cmentarzu żegnał bliskiego ich sercu kapłana. Z wielkim wzruszeniem słuchano pożegnalnej mowy szczawnickiego górala, szefa Akcji Katolickiej Dominika Malinowskiego, a jego słowa, którymi zwrócił się do Zmarłego: „Ty, coś ostatnią koszulę drugim podarował” wywołały głośny płacz zebranych. Ówczesny administrator parafii ks. Wojciech Zygmunt w swoim przemówieniu pogrzebowym ogłosił,że Ksiądz Biskup Ordynariusz , dowiedziawszy się o śmierci ks. Jana Kozioła, powiedział, że był on perłą całej diecezji tarnowskiej. Od siebie zaś ks. Zygmunt dodał: „Cieszmy się, że będziemy mieli w niebie tak bliskiego świętego, który będzie za nami orędował przed Panem Bogiem”[64].

11. Świątobliwy kapłan

Ksiądz Zygmunt nie był odosobniony w swoim przekonaniu o świątobliwości czy wręcz świętości ks. Kozioła. Podobne zdanie wyrażało wielu parafian, jak też szczawnickich gości, którzy mieli okazję bliżej poznać tego wyjątkowego kapłana. Wielkim uznaniem darzył go Stefan Swieżawski, który wraz z rodziną kilka lat w czasie okupacji niemieckiej spędził w Szczawnicy. W swoich wspomnieniach Pan Profesor notuje:

Wiosną 1941 r. postanowiliśmy przygotować naszą Heluś do pierwszej Komunii. (...) Wikarym w Szczawnicy był niezwykle sympatyczny, świątobliwy, a przy tym mądry i gorliwy ks. Jan Kozioł, do którego Heluś chodziła na lekcje, mające ją bezpośrednio przygotować do rozpoczęcia życia eucharystycznego. Zawiązała się prawdziwa przyjaźń naszych dzieci z tym wyjątkowej wartości księdzem. (...) W rok po Heluś Maja przygotowała się i przystąpiła do pierwszej Komunii. Podobnie jak Heluś (...) bardzo pokochała ks. Kozioła. Cieszyliśmy się bardzo, że nasze małe spotkały w dzieciństwie, akurat przed rozpoczęciem pełnego uczestnictwa w Eucharystii, tak wartościowego księdza[65].

Za kapłana „bardzo świątobliwego” uznawała go też siostra Leonia Nastał, mistyczka, dziś kandydatka na ołtarze[66]. Podobną opinię można odnaleźć w kronice prowadzonej przez Siostry Służebniczki pracujące w Szczawnicy. Znajduje się w niej taki zapis:23 sierpnia 1942 r. umiera miejscowy ks. Prefekt J. Kozioł, znany ze swojej świątobliwości, bardzo lubiany przez dzieci szkolne, ceniony przez wszystkich parafian [67].

Po pogrzebie ks. Kozioł został pochowany tymczasowo w grobowcu zaprzyjaźnionej rodziny Oleksych. Niebawem parafianie, chcąc uczcić pamięć ukochanego duszpasterza, przystąpili do budowy nagrobka dla niego. Dokonali ogromnego wysiłku finansowego, bo przecież był to czas okupacji hitlerowskiej, czas wielkiej biedy materialnej, a wystawili mu nagrobek, który do dziś wygląda imponująco. Przed laty, na tle niskich, zazwyczaj ziemnych mogił, często nawet pozbawionych tabliczki informującej, kto w grobie spoczywa, nagrobek ks. Kozioła prezentował się doprawdy okazale. Podczas przenoszenia trumny ks. Jana do jego grobowca w czerwcu 1943 roku – jak relacjonują świadkowie tego wydarzenia – otwarto trumnę i stwierdzono, że pomimo upływu dziesięciu miesięcy ciało Księdza jest niezmienione, nawet go dotykano, a fotograf robił dokumentalne zdjęcia. Ludzie uważali, że to widomy znak potwierdzający opinię o świętości Księdza[68].

Przy grobie Księdza Jana od początku gromadzili się ludzie. Przychodzili modlić się za niego, ale też za jego wstawiennictwem prosić Pana Boga o łaski. Wytworzył się też zwyczaj, że co roku w dniu Wszystkich Świętych szczawniccy parafianie odwiedzali nie tylko groby swoich zmarłych z rodziny, obowiązkowo przychodzili też na grób ks. Jana. Tak jest do dzisiaj.Nagrobek ks. Kozioła wciąż jest udekorowany kwiatami i zazwyczaj płoną na nim znicze. Często widuje się przy grobie modlących się ludzi. Niektóre osoby twierdzą, że dzięki jego orędownictwu wyprosiły u Pana Boga potrzebne łaski. Oto jedno ze spisanych świadectw, pochodzące od osoby urodzonej w 1927 roku i nadal żyjącej.

W roku 1964 byłam bardzo ciężko chora. Lekarze nie dawali nadziei na wyzdrowienie. Byłam w szpitalu w Nowym Targu przez miesiąc. W końcu, po operacji, lekarze powiedzieli mężowi, że dożyję najdalej do wieczora. Jednak przeżyłam dłużej i zostałam ze szpitala wypisana. Po powrocie do domu czułam się bardzo źle, szwy popękały, rany ropiały, nie chciały się goić. Bandażowałam się w domu i chodziłam na grób ks. Kozioła prosić Boga o zdrowie. Po około miesiącu tych modlitw poczułam się lepiej, a po trzech miesiącach wróciłam do pracy. Przedtem, gdy byłam w szpitalu,moja mama chodziła codziennie na grób ks. Kozioła i tam modliła się o moje zdrowie[69].

12. Nie wszystek umarł

Księdzu Koziołowi przyszło żyć w bardzo burzliwych czasach: jego dzieciństwo przypadło jeszcze na lata zaborów,wiek młodzieńczy – na okres I wojny światowej, kapłańskie posługiwanie –na czas międzywojennej biedy, zaś kres życia nastąpił podczas okupacji hitlerowskiej. W tej sytuacji zachowało się niewiele dokumentów związanych z życiem ks. Kozioła. Nie troszczono się w tamtych czasach o archiwa, nie zawsze prowadzono kroniki, czasem celowo niszczono dokumenty, by nie wpadły w ręce okupanta...Mimo jednak szczupłości danych z jego życiorysu pamięć o Księdzu Prefekcie, bo tak go w Szczawnicy najczęściej nazywano, wciąż trwa – i to nie tylko wśród tych, którzy go znali.Raz po raz publicznie przybliża się postać tego wyjątkowego kapłana. Pisano o nim w lokalnej prasie[70], upamiętniono we wspomnieniowej broszurze[71] i biuletynie miejscowego oddziału Akcji Katolickiej[72]. W ubiegłym roku, w 69. rocznicę jego śmierci, licznie zebrano się na uroczystej Mszy świętej, po której procesjonalnie udano się na cmentarz, by przy grobie ks. Jana pomodlić się i przywołać wspomnienia o nim. W uroczystości uczestniczyli głównie ci, którzy go nie znali, którzy tylko słyszeli o nim od swoich rodziców czy dziadków.Pisał Mickiewicz, że „wieść gminna” jest „arką przymierza między dawnymi i młodszymi laty”. To prawda – jest! Nawet jeśli nie została literacko opracowana, ani nawet spisana. Wystarczy nieraz, że jest podawana z ust do ust. Tak jest w przypadku Księdza Kozioła. Kolejne pokolenia szczawniczan chylą czoła przed tym wyjątkowym kapłanem i czczą go jako swojego szczególnego opiekuna czy wprost świętego.

Trzeba strzec takiej dobrej wieści i przekazywać ją następnym pokoleniom.

 

Halina Mastalska



[1] Słownik biograficzny kapłanów diecezji tarnowskiej, ks. A. Nowak, t. III, s. 87
[4]Słownik biograficzny, j. w.
[5]Akta Diecezji Tarnowskiej (odtąd ADT), PK VII/22, Pismo dziekana mieleckiego z dn. 9 VIII 1919 r., nr 4479/19.W tym miejscu autorka wyraża serdeczne podziękowanie ks. Jackowi Słowikowi za jego pomoc w dotarciu do dokumentów archiwalnych związanych z ks. Koziołem.
[6] ADT, PK VII/22, nr 7730/19
[7] Teczka personalna ks. Jana Kozioła, PK XV/7
[8]Słownik biograficzny, j. w.
[9] ADT, Protocolon 1922, nr 4482/22
[10] Maria Bartkowska, Maria Słowik (ul. Pod Sadami)
[11] Władysława i Stanisław Bartkowscy
[12] Józefa Tokarczyk
[13] Józefa Niezgoda
[14] Bronisława Węglarz, Krótkie wspomnienia z życia ks. Jana Kozioł (odtąd: KWJK). rps, s.16
[15] Maria Słowik (ul. Pod Sadami)
[16] Maria Helena Mastalska
[17] Rozalia Wiercioch
[18] Wojciech Salamon
[19] Maria Potoczek, Rozalia Wiercioch
[20] Józefa Niezgoda, Franciszka Ciesielka
[21] Aniela Gondek
[22] Wojciech Salamon
[23] Maria Słowik
[24] j. w.
[25] Aniela Gondek
[26] j. w.
[27] Bronisława Węglarz, KWJK., s.3-4 i 6
[28] Władysława i Stanisław Bartkowscy
[29] Zob., 70 lat wstecz. Trudne narodziny pewnego domu, w: Z doliny Grajcarka, nr 135 (2003), s.14
[30] Wizytacje dziekańskie dekanatu Łącko do roku 1945, VII/1
[31] J. A. Słowik, op. cit. nr 136 (2004), s. 10-11
[32] Rozalia Wiercioch
[33] Helena Deskur
[34] Bronisława Węglarz, KWJK., s.7
[35] Helena Swieżawska Deskur
[36] Bronisława Węglarz, KWJK, SS. 7-8, Rozalia Wiercioch
[37] ADT, PK VII, NR 2657/38
[38] Bronisława Węglarz, KWJK., S. 19
[39] Maria Potoczek
[40] B. Węglarz, KWJK., SS. 8-11
[41] S. Leonia Nastał, Uwierzyłam Miłości, Stara Wieś 2009, s. 450
[42] j. w. , s. 489
[43]S. Wach,Wspomnienie pośmiertne śp. ks. mgr Michała Matrasa w: Z doliny Grajcarka, nr 23(1994), s.4-5
[44] B. Węglarz, KWJK , s. 2
[45] TAMŻE, s. 3
[46] ADT, PL VII/22, nr 3999/31
[47] B. Węglarz, KWJK., s.9
[48] Aniela Gondek
[49] Maria Słowik, Bronisława Węglarz, KWJK, s.16
[50] Józefa Tokarczyk, Maria Potoczek, Julia Węglarz, Józefa Słowik
[51] Julia Węglarz
[52] Józefa Tokarczyk
[53] B. Węglarz, op. cit., s.17
[54] j. w.
[55] W. S. Bartkowscy
[56] M. Potoczek, W. S. Bartkowscy, R. Wiercioch, B. Węglarz, KWJK, s. 16
[57] B. Węglarz, KWJK s.10
[58] Wojciech i Kunegunda Salamon
[59] Wizytacje dziekańskie dekanatu Łącko do 1945 r., VIII/1
[60] ADT, PK VII/22, nr 3642/36, z dnia 1VIII 1936
[61] S. Swieżawski , Wielki przełom 1907-1945, Lublin 1989, s. 351
[62] Księga zgonów, 1942 r. , s. 70, nr 30
[63] W. S. Bartkowscy, Józef Malinowski, Józefa Niezgoda, Franciszka Ciesielka, Józefa Słowik
[64] Za: B. Węglarz, KWJK, s.21
[65] S. Swieżawski, op. cit., s.349-351
[66] Zob. przypis 42
[67] Kronika Sióstr Służebniczek, 23 VIII 1942, Archiwum w Starej Wsi
[68] J. Tokarczyk
[69] j. w.
[70] Zob. A. Lelito, J. Gacek, „Najlepszy ksiądz”, „Z doliny Grajcarka, 24 (1994) s. 4-5.
[71] J. Salamon, Ksiądz Jan Kozioł, Tuchów 2011
[72] H. Mastalska, K. Majerczak, Ksiądz Jan Kozioł we wspomnieniach parafian, biuletyn Akcji Katolickiej 2011

Designed byNet48.pl